Polska mafia

MAFIA WOŁOMIN – SZKOŁA „FACHU”

MAFIA WOŁOMIN – SZKOŁA „FACHU”

Przez wielu Wołomin był postrzegany jako zagłębie przestępczości zorganizowanej.Mafia okazała się jednak bardziej przebiegła niż sądzono.Miast takich jak to jest w Polsce wiele, przecież ani liczba 40 tys. mieszkańców,ani nawet położenie w województwie mazowieckim nie są niczym nadzwyczajnym.Mimo to o Wołominie słyszał każdy, kto tylko czasem słucha radia, choćby w czasie jazdy samochodem do pracy, bądź ogląda wiadomości w przerwie między serialami. Jednak z tego szarego tłumu bliźniaczo podobnych do siebie średniej wielkości miast naszego kraju Wołomin znacząco się wyróżnia, niestety niezbyt chwalebnie. W poprawie wizerunku nie pomogły podejmowane przez lokalne władze inicjatywy mające na celu zaszczepienie w świadomości społeczeństwa pozytywnych skojarzeń z tym miastem.

Sława Wołomina narodziła się jeszcze przed wojną, kiedy to wołomińscy złodzieje kieszonkowi, czyli tzw. doliniarze, cieszyli się wśród podobnych sobie opinią artystów w swojej dziedzinie. Całe zastępy kieszonkowców terminowały tu u mistrzów zgłębiając tajniki zawodu i kieszeni. Jeśli wierzyć opowieściom to adepci doliniarstwa w ramach przygotowania do „pracy” ćwiczyli wyjmowanie portfeli na manekinach,do których przyczepione były dzwoneczki. Gdy młody kieszonkowiec potrafił kilka
razy z rzędu okraść fantoma nie czyniąc przy tym odrobiny hałasu otrzymywał tytuł zawodowy i mógł rozpocząć własną działalność. O sławie wołomińskiej szkoły fachu pisał nawet Leopold Tyrmand w „Złym”, który wspominał nie tylko o zuchwałych kradzieżach, ale także o napadach na linii Warszawa – Białystok.

W latach 60. ubiegłego wieku w dobie PRL-u elitą ówczesnych zakładów karnych byli właśnie wołominiacy, którzy zapracowali sobie na taką pozycję tym, iż nie zgadzali się na współpracę z MO i byli uważani za ludzi silnych,
na których można polegać. Mimo upływu czasu udało się im utrzymać renomę wołomińskiej szkoły fachu i nadal wiedli prym wśród doliniarzy oraz specjalistów od włamań, a kolejne dziesięciolecia umacniały tylko prestiż Wołomina. Lata 80. to czas, gdy na wołomińskim trawniczku obok róż włamywaczy i tulipanów kieszonkowców zaczęły kwitnąć również stokrotki melin, w których można było zakupić nie tylko „setę i zagrychę”,ale również wejść w posiadanie ówczesnego obiektu pożądania – wódki. Ze zmianą ustroju przyszedł czas na przebranżowienie się dawnych włamywaczy i złodziei, w efekcie czego powstały hurtownie z przemycanym spirytusem. Niedługo potem zaczęły się kradzieże samochodów i wymuszenia haraczy przez panów, których swoistym znakiem rozpoznawczym były ostrzyżone na łyso głowy oraz szeleszczące dresy. Tak oto Wołomin stał się kolebką lokalnej mafii, którą tworzyła koalicja gangów z Wołomina, Marek i starej Pragi. W latach 90. i pierwszym dziesięcioleciu nowego stulecia mafia ta rozlała swoje wpływy na tereny Polski wschodniej oraz prowadziła ze swymi konkurentami wojny obficie spływające krwią.

Skojarzenia młodszych pokoleń dotyczące tego podwarszawskiego miasteczka wcale nie muszą krążyć wokół brutalnych gangsterów, a raczej wiązać się z przestępcami nowego gatunku, na rachunku których zamiast przemocy pojawiały się znaczne kwoty będące wynikiem lewych operacji finansowych przynoszących im większe dochody niż to, co udało się zgromadzić wołomińskiej gangsterce od 1989 r. Na domiar wszystkiego ta nowa wołomińska klasa gangsterska osiągnęła to niemalże bez użycia siły. Aczkolwiek, gdy służby zaczęły wykazywać zainteresowanie ich działalnością sięgnęli po sprawdzony i lubiany przez nich argument – po przemoc. Bankowi gangsterzy bez większego skrępowania korzystali z usług kolegów przestępców, początkowo do wyszukiwania tzw. słupów,
którzy otrzymywali znaczące kredyty, zaś później do uciszenia Wojciecha Kwaśniaka – stanowiącego dla nich zagrożenie wiceszefa Komisji Nadzoru Finansowego, którego skatowali w kwietniu 2014 r. Jak się później okazało zleceniodawcą tego brutalnego pobicia był Piotr P. odgrywający jedną z pierwszoplanowych ról w całej historii.

Początkowo SKOK Wołomin jak wiele podobnych kas spółdzielczych miał być ciekawą alternatywą dla „pazernych banków”, dopiero później zaczął kojarzyć się z wielkim skokiem na kasę. Swoją działalność zaczął we wrześniu 1999 r.
w niewielkim lokalu, którego wynajęcie od spółdzielni mieszkaniowej Gwarek było niezmiernie proste, ponieważ założyciel wołomińskiego SKOK Mariusz G. był od 1994 r. jej prezesem. W 1997 r. ten sam człowiek odegrał kluczową rolę w porozumieniu z PGNiG – Oddziałem Poszukiwania Nafty i Gazu w Wołominie – które to swoje mieszkania zakładowe przekazało spółdzielni.

Dość istotny udział w sprawie miała Joanna P., którą z Mariuszem G. związały, poza wspólną wizją, również usłyszane 15 lat później zarzuty prokuratorskie. Zastanawiające może się wydawać to, jak ktoś bez doświadczenia w bankowości był w stanie osiągnąć tak wysokie miejsce wśród polskich SKOK. Oficjalna wersja głosi, że było to możliwe dzięki wysokiemu oprocentowaniu lokat. Dla porównania w 1999 r. duże banki dawały 8 – 10 % za roczne lokaty, SKOK Stefczyka 16 %, natomiast w wołomińskim SKOK było to 20,5%.

Powstanie SKOK Wołomin zbiegło się w czasie z walkami o władzę wśród lokalnej mafii, ponieważ w marcu 1999 r. zginął jej boss Marian K. , pseudonim Maniek. Do jesieni tegoż roku jego los podzieliło kilku innych gangsterów, zaś znaczna część udała się na przymusowe wakacje do więzienia. Byli tacy, którzy złośliwie twierdzili,że wydarzenia te były znakiem do rozpoczęcia działania dla wielu biznesmenów.Z początkowych ustaleń policji wynikało, że dzięki skomplikowanym transakcjom finansowym możliwe stało się finansowanie przemytu narkotyków z i do Polski.

Od marca 2003 r. do marca 2006 r. wartość rynkowa kasy SKOK Wołomin wzrosła ponad 8 razy: z 2 mln do 16,2 mln. Z czasem koło zamachowe banku nabierało rozpędu,gdyż pod koniec pierwszego dziesięciolecia XX w. roczne przychody kasy przekroczyły próg 200 mln zł. Prezes odbierał kolejne nagrody: Geparda Biznesu, Anioła Stróża Ziemi Wołomińskiej i Finansisty Roku. Gdy na początku 2014 r. aktywa kasy wynosiły 2,99 mln, obsługiwała ona już 80 tys. członków. Niestety reputacja SKOK została nadszarpnięta – od roku trwało dochodzenie w sprawie prania brudnych pieniędzy i wyłudzenia kredytów.Trudno jednoznacznie wskazać, kiedy dokładnie Mariusz G. miał pobrudzić sobie ręce, wiele wskazuje na to, że było to w marcu 2009 r., gdy pierwszy raz doszło do udzielenia kredytu niezgodnie z prawem. Wtedy też na wołomińskiej scenie pojawił się Bentlej, czyli Piotr P., który przydomek zawdzięcza marce ulubionego samochodu. Kapitan Piotr P. jako był pracownikiem Wojskowych Służb Informacyjnych okazał się on niezmiernie interesującą postacią, gdyż na początku lat 90. do jego zadań należeć miało inwigilowanie prawicy. Potem w towarzystwie innych kolegów z WSI pojawił się w Fundacji Pro Civili, dzięki której wyprowadzono ponad 100 mln zł z jednego z banków. To on pomógł dostać się do zarządu SKOK Wołomin dwóm innym oficerom WSI. Trudno powiedzieć, czy chciał w ten sposób zapewnić sobie dodatkowe korzyści, czy też miało to służyć tajnemu funduszowi dla WSI, choć według oficera CBŚ Piotrem P. mogły kierować obie te pobudki.

Nie ulega wątpliwości, że niezmiernie dynamiczne pozyskiwanie chętnych do założenia lokat w SKOK rozpoczęło się właśnie po pojawieniu się w zarządzie banku byłych wojskowych. Wraz z depozytami rosła liczba udzielanych kredytów. SKOK miał swój udział w finansowaniu pierwszego polskiego filmu w 3D – „1920. Bitwa warszawska”,
potem kolejnego „Sierpniowe niebo. 63 dni chwały”, które to przedsięwzięcia miały podnieść wiarygodność banku. Na premierach obu filmów obecni byli politycy, co nie powinno dziwić – SKOK Wołomin stosunkowo chętnie pomagał wszystkim obozom politycznym.Krótko po tych wydarzeniach wołomiński SKOK rozpoczął regularne udzielanie pożyczek w wysokości od 900 tys. do 3,5 mln, które rzekomo trafiały do dynamicznie rozwijających się firm, a faktycznie do drobnych przedsiębiorców, zaś głównie do bezdomnych przygotowanych do odegrania roli biznesmenów. Pieniądze szły na konta podejrzanych firm, a ostatecznie do rajów podatkowych. Bezdomni biznesmeni dostawali za pomoc od kilkuset do kilku tysięcy złotych, wielu z nich nawet nie zdawało sobie sprawy jakiej wysokości kredyt im przyznano. Hipoteki o znacząco zawyżonej wycenie niejednokrotnie stanowiły zabezpieczenie pożyczek. Były też sytuacje, gdy kredytyw wysokości miliona dolarów wypłacano w gotówce.

Interesującym może się wydawać fakt, że pewną część fikcyjnych pożyczek spłacono, gdy sprawa weszła w orbitę zainteresowań prokuratury. Prawdopodobnie władze wołomińskiego SKOK chciały poprzez spłacenie wcześniejszych kredytów pieniędzmi z nowych udzielanych na podobnych zasadach pożyczek ukryć braki. Według prok. Wieczorka w 2013 r. i 2014 r. była to już zupełnie desperacka kreatywna księgowość. Pod koniec 2015 r. zarzuty w tej sprawie usłyszało ponad 80 osób, zaś majątek zabezpieczony na poczet grożących kar osiągnął wysokość około 35 mln zł. Wtedy też zgromadzono dowody na wyłudzenie ze SKOK Wołomin pożyczek na łączną kwotę ponad 800 mln zł.

Władze wołomińskiego SKOK zostały zatrzymane w 2014 r. i 2015 r. Współpracę z wymiarem sprawiedliwości podjęła Joanna P., która podzieliła się swoją wiedzą na temat tego, jak z bankowej kasy znikały pieniądze. Zdaniem prok. Wieczorka Piotr P. miał nakłonić zarząd do inwestycji m. in. w zagraniczne i polskie spółki, za pomocą których kupowano luksusowe limuzyny, nieruchomości, czy choćby śmigłowiec. Władze banku liczyły na to,że jeśli interesy powiodą się to po spłaceniu braków w kasie zostaną jeszcze znaczne sumy, które wyfrunęły jednak do rajów podatkowych. Wypłacenie przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny za utracone depozyty klientom SKOK Wołomin po jego upadku w 2014 r.aż 2,2 mln zł było poprzedzone licznymi zatrzymaniami słupów pomagających wyprowadzić pieniądze, jak i samych władz kasy.

Temat SKOK Wołomin nie zdążył jeszcze zupełnie ulotnić się ze świadomości Polaków, gdy KNF w sierpniu 2015 r. w SK Banku (Spółdzielczym Banku Rzemiosła i Rolnictwa) z Wołomina wprowadziła zarząd komisaryczny, zaś kilka miesięcy później,bo już w listopadzie, po tym jak żaden bank nie wyraził chęci uczestniczenia w restrukturyzacji, ogłosiła jego upadłość. Taka decyzja została podjęta w oparciu o sprawozdanie biegłego rewidenta, według którego bank nie był wypłacalny,ponieważ jego aktywa nie wystarczyły na pokrycie zobowiązań. Wiele gmin sąsiadujących
z Wołominem miało w nim swoje konta. Na domiar złego upadły bank był jednym z największych pracodawców w powiecie. Klientom już drugiego zamkniętego w Wołominie banku wypłacono około 2 mln zł.

Według prok. Małgorzaty Wiśniewskiej śledztwo w sprawie wołomińskiego SK Banku zostało zaliczone przez warszawską Prokuraturę Apelacyjną do jednego z ważniejszych. Jak się okazuje znaczące zastrzeżenia KNF dotyczące tej placówki miała na długo przed wprowadzeniem tam zarządu komisarycznego. Prokuratura Apelacyjna
z Warszawy już pod koniec kwietnia wszczęła dochodzenie dotyczące zatajenia prawdziwych i podania fałszywych danych w sprawie sytuacji SK Banku, nadużycia zaufania przez władze banku oraz kreatywnej księgowości.

Między SKOK Wołomin i SK Bank z Wołomina można wskazać kilka podobieństw, np. finansowanie spektakli teatralnych, wyjazdów integracyjnych dla władz samorządowych, a także zamiłowanie do wspierania organizacji społecznikowskich oraz kultury lokalnej. Co więcej mecenas z Wołomina miał świetne kontakty również z Kościołem i lokalną policją. Inną wspólną cechą obu banków jest pokaźna lista otrzymanych nagród, wśród których są m. in. Gepard Biznesu, Certyfikat Dobroczynności, czy Zasłużony dla Wołomina. Już na początku śledztwa było wiadomo, że SKOK mógł udzielić zbyt dużej liczby zagrożonych kredytów, a powstałe w kasie braki uzupełniano kreatywną księgowością oraz kolejnymi kredytami. Na pytanie, czy podobieństw było więcej i czy były one wyłącznie kwestią przypadku miało odpowiedzieć śledztwo.
\

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *